piątek, 25 stycznia 2013

Pani Jadzia

Przyjechałem do Szczecina w roku 1986, przyjechałem z małego miasteczka do wielkiego miasta - jakim jawił mi się wtedy Szczecin. W zasadzie to przyjechaliśmy w czwórkę, ja, moja żona, i dwójka przyjaciół, kolega z koleżanką. Odziedziczyłem, w wyniku splotu przedziwnych rodzinnych zdarzeń małe mieszkanie w Szczecinie. Mieszkanie do którego przyjechaliśmy było zupełnie nagie, były ściany i parkiet, kuchnia, łazienka, okna i drzwi. Nie było łóżek, kranów. Pamiętam, że ówczesna polska telewizja emitowała wtedy popularny serial, nie pamiętam jaki. Bardzo chcieliśmy zobaczyć kolejny odcinek tego serialu, zapukaliśmy do drzwi sąsiadki. Która, późnym wieczorem, zobaczyła nieznaną jej czwórkę młodych ludzi, dość luźno ubranych, hałaśliwych, którzy zapytali czy mogą zobaczyć, u niej, kolejny odcinek serialu. Pani Jadzia zgodziła się. Jakby nie patrzeć, heh, był to akt wielkiej odwagi. Ja bym się nie odważył, wieczorem wpuścić do domu czwórkę młodych nieznanych mi ludzi. 
Za czas jakiś przeprowadziłem się wraz z żoną do Szczecina. Pani Jadzia była dla nas przewodnikiem po tym mieście, była też najlepszą naszą sąsiadką -  mimo sporej różnicy wieku często odwiedzaliśmy się. Taką co to jajko pożyczy, a jak było krucho, to pożyczała niemałe sumy pieniędzy. Potrafiła też opieprzyć, jak człowiek "zabalował" i półprzytomny upierał się, że mieszka drzwi obok.
Dziś wróciłem z delegacji, przywitała mnie na drzwiach "klepsydra", że Pani Jadzia nie żyje. Rozmawialiśmy, nie dalej jak tydzień temu, mimo śmiertelnej choroby była w świetnej kondycji. Jest mi bardzo smutno, niewymownie smutno.  :-(